Rozmowy pana T

 


Pan T lubił rozmawiać ze sobą. 

Dziwna ta przypadłość datowała się od czasów młodzieńczych pana T, kiedy to czas wolał przepędzać w  towarzystwie książek niż ludzi.  W blasku lichej lampki całymi nocami siedział ze wzrokiem wlepionym w karty kolejnej z ksiąg.  Świat realny nie wydawał się panu T zbyt atrakcyjnym, szary bury odpychał i nie miał szans z kolorową rzeczywistością  do jakie mógł się udać sięgając po kolejna lekturę.  Jako podupadły na zdrowiu rudy okularnik wcześnie tez porzucił marzenia o wielkiej spełnionej miłości. Był intelektualistą zdroworozsądkowym i nie w smak mu były porywy serca wyprowadzające go ze stanu błogiego spokoju. Zresztą dławił je w zarodku jak tylko czuł że na cos się zanosi.   Mijały lata, a szczęście odkładane na później poczęło stopniowo pokrywać się grubą warstwą kurzu leżąc gdzieś w kącie duszy pana T.

Nawet nie zauważył kiedy stał się odludkiem. Całe dnie spędzał w samotności przerywanej tylko wizytami matki lub listonosza. Po pewnym czasie pan T począł odczuwać pewne znużenie tą sytuacją.  Historie których tak wiele pochłaniał z kart kolejnych książek zaczęły nużyć monotonnością i jednostajnością tematów. Miał wrażenie ze już wszystko przeczytał, a akcje książkowych powieści stały się niepokojąco przewidywalne. Wówczas  to zaczął  siadać  przed lustrem i przyglądać się swojej twarzy w lustrze.  Przyzwyczajenie do małego dziwactwa sprawiło że T coraz więcej czasu przesiadywał w małym saloniku, w którym znajdował się ulubiony mebel na którego głównym miejscu znajdowało się olbrzymie zwierciadło  z weneckiego szkła. Głęboki miękki fotel zapewniał mu wygodę a półki z książkami odbijające się w zwierciadle dawały wrażenie podwójnie bogatej biblioteki. Potem  zaczynał mówić. Pytać i sam sobie odpowiadać.  Dziwna ta sytuacja zaczęła zastępować mu konwersację z ludźmi, i dawała złudzenie  rozmowy. Pan T lubił mądre dysputy, a lustro dawało gwarancję odpowiednio wysokiego poziomu.  Cieszyło go gdy jego partner zaśmiewał się do rozpuku z opowiadanych przez pana T dowcipów, i z ciekawością wsłuchiwał się w barwne opowiastki z  dawnych lat szalonej młodości. T bywał nawet na kilku wycieczkach, jednak wspomnienia  pomieszane z fikcją książkową dawały zupełnie dziwny obraz tych eskapad kolorowy i pełen przygód. W rzeczywistości jako chorowity zwykle wlókł się na szarym końcu studiując uważnie plany i ulotki, którymi nikt się nie przejmował z wyjątkiem niego samego.

Miło płynął czas spędzany przed zwierciadłem, czasem z lampka czerwonego wina , czasem przy kawie, lub herbacie.

Z czasem T zauważył cos niepokojącego. Snując swe przydługie opowieści począł odnosić wrażenie ż e jego lustrzany partner, okazuje znużenie.   Najpierw zupełnie niedostrzegalnie, potem coraz bardziej ostentacyjnie.  Również gdy T zadawał sam sobie poważne egzystencjalne pytanie, odpowiedź przygotowana zawczasu, zdawała mu się opryskliwa i niechętna. T był typem intelektualisty więc zdawał sobie sprawę z niedorzeczności tej sytuacji. To było przecież niemożliwe, wszak odbicie lustrzane nie mogło żyć innym życiem niż jego, a osoba widziana w szkle nikim innym niż nim samym. Widocznie popadam w szaleństwo, pomyślał, a myśl ta niekoniecznie go zmartwiła. To było nieuchronne. Jednak jego lustrzany partner począł go coraz bardziej irytować,  zdawało mu się że  szydzi z pana T, wykrzywiając oblicze w pseudożyczliwym uśmiechu. Często długo i uważnie wpatrywał się w T jakby chcąc przeniknąć w głąb samej duszy. T miał wówczas wrażenie że rysy jego twarzy ulegają zmianie i to ktoś inny przygląda mu się zza szklanej tafli. Czasem wydawał się być nieobecnym myślami, zupełnie lekceważąc sobie osobę pana T.  T przestał się odzywać do swego towarzysza. Bał się że to co powie zostanie skwitowane tym lekkim półuśmieszkiem którego tak nie lubił, wyrażającym aprobujące politowanie, jakby  mówiącym „ jesteś żałosnym”. W takich momentach T zagłębiał się w lekturze, ale obecność tego drugiego, tez siedzącego z książka w fotelu nie pozwalała się skupić. T począł zasłaniać lustro białym prześcieradłem. Zerkając znad otwartej książki zastanawiał się wówczas co tak naprawdę robi ten drugi. Może bezczelnie wymyka się z pokoju korzystając z okazji swej niewidzialności, ucieka tam gdzie nie powinien być. Nie może być lepszy od pana T, porozumiewać się z ludźmi, spotykać z nimi, kochać. Na pewno wyszedł myślał T, kto by chciał życie spędzić wśród zakurzonych książek, podczas gdy tam na zewnątrz radosny świat kusi wielością możliwości.  Irracjonalna zazdrość wlewała się w serce T, podkradał się wówczas do lustra i znienacka podrywał  płótno. Jak można było przewidzieć wszystko znajdowało się na swoim miejscu, łącznie z nim samym. Uspokajał się wówczas, lecz podejrzenie wobec lustrzanego towarzysza nie znikało. Tego zimowego wieczoru, T był wyjątkowo zdenerwowany. Koszmarny sen i kłótnia z matka zepsuły mu cały dzień. Postanowił napić się wina, co jeszcze pogorszyło sprawę. Wieczorem usiadł i patrzył tępo swoje oblicze. Stary jestem pomyślał. Minęło tyle lat a ja nadal siedzę w tym dusznym pokoju, umrę tu wśród tych książek. T z lustra uśmiechnął się tym swoim irytującym uśmieszkiem, wydawał się szeptać „Kto jest winien? Sam sobie popsułeś życie bo byłeś za słaby, myślałeś że ci pomogą te papierowe historie? Żałosne”  „Mylisz się! Kochałem to. Jesteś mną i najlepiej powinieneś to zrozumieć” T czuł się zdradzony przez siebie samego. Powinien z tym skończyć, z ta głupotą jaką są te rozmowy, za nim nie jest za późno. Jeszcze wszystko można naprawić.  Już od dłuższej chwili te trzymał w mocno zaciśniętej dłoni ciężki świecznik. Półprzytomny wziął szeroki zamach. Ręka była szybsza od myśli. Rozległ się głośny huk. T cofnął się.   Na szklana płycie  pojawiła  się sitka pęknięć, niczym ogromna pajęczyna. Lustro jednak pozostało cale, tylko podzielone na  setki kawałków zwielokrotniło obraz  pokoju. T uderzył ponownie. Pragnął dokończyć swego dzieła, zniszczyć ten świat zza ram , który go przerastał. Nawet on, który powinien być jego towarzyszem, intymną ucieczką w samotność stał mu się obcym. Nienawiść była w nim samym. Brzęk tłuczonego szkła brzmiał mu jeszcze w uszach. Był jak chichot  złośliwca. T uderzył raz jeszcze z dziką satysfakcją. Wielokrotny obraz runął na niego. Zasłonił się rękami przed szklana lawiną.  Wówczas stało się cos dziwnego. Siatka pęknięć widoczna wcześniej tylko na szkle pojawiła się także na ramie, na ścianie suficie. 
T poczuł jakby znalazł się w szklanej pękającej kuli. Zapadała się. Odgłos pękającego szkła ogłuszał go, trwając nieznośnie długo. Zdawał się że cały świat rozpadał się na kawałki, zapadając w sobie. T zdał sobie sprawę że nigdy nie opuści  tego  pokoju.

Okruchy szkła chrzęściły pod podeszwami butów T. Drewniana podłoga usłana szklanym drobiazgiem przedstawiała nienaturalny widok żywcem wyjęty z surrealistycznego obrazu. Tyle pozostało tylko ze  starego weneckiego lustra. Było kryształowe  stare i cenne ale  T go nie lubił, tylko czasem przesiadywał przed nim , rozmawiając z sobą przy kielichu, ale w końcu znudziła go ta rozrywka. Z e starości chyba pękło pomyślał nie mogąc znaleźć wytłumaczenia nagłej straty, ramy pracują.

T postanowił sprzedać książki.

 

 

 

Wiesław Matysik 2007